Poniedziałek, 20 listopada 2017. Imieniny Anatola, Edyty, Rafała

Magia Wielkiego Jabłka

2015-02-27 15:42:21 (ost. akt: 2015-02-27 15:46:02)

Podziel się:

Podobno nie można cofać się w czasie. To zdecydowanie nieprawda. Mnie to się udało co najmniej dwa razy. Pierwszy raz ponad rok temu na pokładzie samolotu lecącego do Nowego Jorku. Tego dnia doba miała 30 godzin.

Po 13-godzinnej podróży i szczęśliwym lądowaniu na lotnisku w Newark, New Jersey nie dane nam jednak było od razu odpocząć. Żeby dostać się na terytorium Stanów Zjednoczonych, trzeba przekroczyć słynną żółtą linię, dopiero po jej przekroczeniu można być pewnym, że za chwilę nie wsiądzie się do samolotu lecącego w odwrotnym kierunku.

Na lotnisku powitała nas długa kolejka oczekujących z paszportami obcokrajowców. Mimo wizy w swoim paszporcie byłam jednak zdenerwowana. Kiedy otrzymuje się wizę, dostaje się jednocześnie informację, że i tak najważniejsza jest decyzja urzędnika, który przywita nas na terytorium USA. Kolejka stawała się coraz krótsza, ja byłam coraz bliżej okienka, przy którym miała zapaść decyzja – zostanę tu ten rok czy nie? Trzy osoby przede mną, dwie, jedna i w końcu moja kolej. Krótka rozmowa z naprawdę przesympatycznym człowiekiem, pytanie w jakim celu przyjeżdżam do tego kraju, gdzie będę mieszkać, kilka żartów i w końcu pieczątka – udało się! Mogę legalnie przebywać na terytorium Stanów Zjednoczonych do dwudziestego stycznia 2015 roku (a nawet zgodnie z amerykańskim prawem 30 dni po wygaśnięciu wizy). Byłam podekscytowana, ale też niesamowicie zmęczona.

Manhattan rządzi się swoim prawami

Teraz czekała mnie jeszcze podróż z New Jersey do Nowego Jorku, gdzie miało się odbyć kilkudniowe szkolenie dla przyszłych au-pair. Na szczęście z lotniska miała odebrać mnie przyjaciółka, która już od dwóch miesięcy mieszkała w okolicach Big Apple (tak Amerykanie nazywają Nowy Jork, zapytałam nawet kiedyś dlaczego, nikt nie ma pojęcia). Nasza podróż upłynęła w niesamowitym skupieniu. Dlaczego? Wszyscy w samochodzie próbowaliśmy uniknąć wjechania do Nowego Jorku, na Manhattan. To naprawdę cudowne miasto, ale zdecydowanie nie chciałabym prowadzić tam samochodu. Oczywiście w dzielnicach takich jak Brooklyn czy Quenns nie jest to aż tak wielkim wyzwaniem. Manhattan jednak rządzi się swoimi prawami. Najgorsze są chyba okolice 49 ulicy i Times Square. Tam zawsze i o każdej porze jest nie tylko pełno samochodów, ale i turystów. Poza tym jest jedna rzecz po której można poznać prawdziwego nowojorczyka – zawsze w biegu, nie czeka na zielone światło i wbiega na przejścia dla pieszych na czerwonym. Właściwie powinnam może raczej napisać nie czeka na białe światło, bo w Nowym Jorku zielone światła funkcjonują tylko dla aut. Ludzie mają czerwone, bądź ludzką postać podświetloną na biało, kiedy to właśnie mogą teoretycznie przejść na drugą stronę. Mimo kilku zawirowań po drodze udało się dojechać na stację kolejową, potem pociąg, metro i uwaga, stacją docelową było słynne Penn Station. Schodami na górę i już byłyśmy w samym centrum Manhattanu. Mnóstwo świateł, neony, bilbordy, drapacze chmur, tysiące ludzi biegnących w różnych kierunkach... Jednym słowem Nowy Jork!

Lidia Robakowska

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB