Wtorek, 21 listopada 2017. Imieniny Janusza, Marii, Reginy

Czas po odejściu Artura nie był łatwy

2016-08-01 14:49:42 (ost. akt: 2016-08-01 14:52:20)

Podziel się:

Z Michałem Kowalonkiem, wokalistą Myslovitz oraz Wojciechem Kuderskim, perkusistą i jednym z założycieli zespołu rozmawia Klaudia Kujawa

Klaudia Kujawa: Panowie są w Przasnyszu po raz pierwszy? Czy może już mieliście okazję grać w tych stronach?
Michał Kowalonek: Ja jestem po raz pierwszy.
Wojciech Kuderski: Mój brat dziś wspominał, że byliśmy tutaj kiedyś, ale to było dosyć dawno temu. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć.
KK: Za niecałą godzinę zagracie dla przasnyskiej publiczności zgromadzonej na Festynie Rodzinnym połączonym z przygotowaniami do obchodów Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Macie jakieś specjalne przesłanie dla młodych ludzi zmierzających na to wydarzenie do Krakowa? Czym powinni się w życiu kierować?
MK: Ja zawsze przesyłam miłość, bo to chyba najważniejsza rzecz na świecie.
WK: Właśnie wracam z Kościoła, dowiedziałem się tam, że gościcie pielgrzymów z Gruzji. Do wypowiedzi Michała dodałbym jeszcze życzliwość i wzajemny szacunek wobec siebie. My jesteśmy artystami, dlatego mamy proste przesłanie. Jeśli chodzi o typowo katolickie maksymy, nie oczekuj ich od nas, a od ludzi, którzy czują się kompetentni do ich wygłaszania.
KK: Od 4 lat występujecie bez Artura Rojka. Jak układa się współpraca w zespole od tamtego czasu?
MK: Wolałbym określenie 4 lata z Michałem niż 4 lata bez Artura. Zawsze to brzmi dla mnie lepiej, bardziej pozytywnie.
KK: Nie zastanawialiście się nad zawieszeniem kariery po odejściu Artura Rojka? W końcu graliście razem dwadzieścia lat, razem stworzyliście ten zespół. To musiał być dla was trudny okres.
WK: Dokładnie. Razem tworzyliśmy zespół, cała piątka. Artur odszedł sam, nam było ciężko, ale nie chcieliśmy zaprzepaścić tego wszystkiego, co przez te lata razem stworzyliśmy. Czyjaś prywatna decyzja nie mogła wpłynąć na rozwój tego, co tak naprawdę budowaliśmy od młodości. Teraz gramy z Michałem dużo koncertów i jest naprawdę fajnie. Dla całego zespołu czas po odejściu Artura nie był łatwy. Inaczej jest kiedy odchodzi perkusista, basista, gitarzysta a inaczej jak odchodzi wokalista, do którego głosu już przywykli słuchacze. Jesteśmy szczerzy, prawdziwi w tym, co robimy. Może zabrzmi to głupio, ale myślę, że ktoś nad nami czuwa.
KK: Ostatnią płytę zatytułowaną „1.577” wydaliście w 2013 roku. Pracujecie nad nowym krążkiem? Możecie zdradzić jakieś szczegóły?
WK: Wiadomo, nowy materiał by się przydał, ale to wszystko jest obecnie na etapie pracy. Nie warto ulegać w tej kwestii presji czasu. Ja myślę, że to co ma być, jest gdzieś tam zapisane w gwiazdach. Jeśli ktoś jest szczery wobec swoich odbiorców i nie robi tego z przymusu, to prędzej czy później przyjdzie ta iskierka i to wszystko się pojawi. Oczywiście cały czas pracujemy nad nową płytą, ale na tym etapie nie można podać dokładnej daty jej wydania. To wszystko musi się „dotrzeć”, ułożyć, żebyśmy sami również byli zadowoleni ze swojej pracy. Nie powinno wydawać się albumów, tylko dlatego, że odczuwa się nacisk, a później zalega to na sklepowych półkach i nie znajduje odbiorców.
KK: Planujecie pozostać w tych samych klimatach muzycznych, czy może chcecie coś zmienić?
WK: Oczywiście chcielibyśmy, żeby pozostało te Myslovitz, które wszyscy znają, ale też byłoby fajnie, gdyby producent dodał od siebie trochę nowatorskości, świeżego spojrzenia na to, co mu zaproponujemy. Przykładem może być zespół Red Hot Chili Peppers i ich płyta „The Gateway”. Publiczności lat 90 może się ona nie podobać, rozumiem to. Natomiast dla mnie jest jedną z lepszych płyt „Red Hotów” , których nigdy nie byłem fanem.
KK: Podobnie było w przypadku Metallici. Połowa fanów stwierdziła, że Metallica skończyła się na „Kill’Em All”, podczas gdy dla niektórych fanów mocnych brzmień dopiero wtedy się zaczęła. To już była kwestia indywidualna. Wracając do tematu, chciałam zapytać, jak to jest z waszymi nawiązaniami do kinematografii? Pracujecie nad czymś w tym temacie, czy raczej odchodzicie od tej konwencji?
WK: Jeśli chodzi o nasze powiązania z filmem, to było dawniej. Myślę, że nie ma sensu ciągle nazywać utworów, inspirując się kinem. Wiesz, to wszystko zależy też tak naprawdę od tego, jakie chłopcy napiszą teksty. Czasami zdarzyła się jakaś przyjemna współpraca, nagraliśmy coś na promocję filmu, ale typowej ścieżki dźwiękowej do filmu nigdy nie nagrywaliśmy.
KK: Co was inspiruje? Czy są muzycy, których szczególnie cenicie i lubicie?
MK: Cenię sobie bardzo Jeffa Buckley’a. Wole spokojną muzykę: Roger Eno, Hector Zazou, albo Daniel Lavoie.
WK: Inspiracji jest bardzo dużo, można by wymieniać tysiące zespołów, ale tak naprawdę ważne jest to, co można zaczerpnąć z ich twórczości. Jak chodzę na koncerty zespołów progresywnych, staram się wychwycić bębniarza. To jak gra, jest dla mnie fascynujące i inspirujące do późniejszego tworzenia czy propozycji kompozycji. Mogę ci powiedzieć, co może być dla niektórych śmieszne, że cały czas słucham Radia Pogoda. Dlaczego? Ponieważ mam sentyment do polskich utworów z lat ’60-tych, ’70-tych. Urodziłem się w roku ’72. Jadąc z tatą na wczasy w wieku 4 lat słuchałem radia i właśnie na tych utworach się wychowałem. Teraz śpiewam te piosenki, znam wszystkie teksty i sprawia mi to niesamowitą przyjemność. Moja córka, która też ze mną słucha tych utworów o dziwo też ze mną śpiewa. To jest bardzo fajne i też może być inspiracją. Zresztą nie tylko muzyka jest natchnieniem. Może być nim nawet np.: dźwięk kroków stawianych na zmarzniętym śniegu.
KK: Który koncert najbardziej zapadł wam w pamięć? Występ przed jaką publiką sprawił wam największą przyjemność?
MK: Takim moim najfajniejszym wspomnieniem jest koncert w Memphis. Zagraliśmy wtedy na jednej scenie z Hozierem. Mieliśmy garderobę koło siebie. Była okazja, żeby trochę porozmawiać. Grał tam również Lenny Kravitz i wiele innych bandów, które są światowymi gwiazdami muzyki. I my sobie graliśmy z nimi w Memphis nad brzegiem Missisipi. To jest miłe wspomnienie.
WK: Michał bardzo dobrze czuje się na scenie. Ma bardzo dobry kontakt z publiką, czego, powiedzmy, Artur nie miał. Nie jest to zarzut z mojej strony. Po prostu Artur był spokojny, raczej nie nawiązywał z widownią dialogu, zamykał się w sobie. Michał jest bardzo kontaktowy, w Stanach świetnie mu to wychodzi. Potrafi porozumieć się z osobą, którą dopiero poznał, przy czym jest tak sympatyczny, że wzbudza w publice pozytywne emocje. Tak było w Ameryce i tak też jest w Polsce. Po dwudziestu latach grania z Arturem Rojkiem widzę różnicę.
KK: Michał nie czułeś presji, gdy dołączyłeś do Myslovitz? Po tylu latach fani zespołu przyzwyczajeni byli do poprzedniego wokalisty. Jak się w tym wszystkim odnalazłeś?
MK: Byłem świadomy rozczarowania części fanów. Ale wiedziałem również, iż będzie grono ludzi, których ta wiadomość ucieszy. Połowa fanów darzących nasz zespół szacunkiem stworzyła taką wspaniałą atmosferę w momencie mojego pojawienia się w Myslovitz , że tak jakby wszystko inne przestało mieć znaczenie. Poniosła mnie ta fala pozytywnej energii. Dzięki temu miałem łatwiej poukładać sobie pewne rzeczy w głowie, nie przejmować się.
WK: Sam nie wiem, jak bym się poczuł w takiej sytuacji. Jednak jest to rola wokalisty, frontmana. Rzeczywiście trzeba mieć duży dystans do tego. Michał potrafi sobie zjednać ludzi i to mu na pewno pomaga. Nawet nie mówił nam o tym, ale myślę, że odczuł to wszystko i zostawił to dla siebie. Najważniejsze poradzić sobie z tym i grać dalej.
KK: Odczuwacie jeszcze tremę przed koncertami? Jak z nią walczycie?
WK: Ja zawsze mam odrobinę tremy. Największą odczuwam przed koncertami, które są nagrywane. Bardzo nie lubię kamer. Jestem z tyłu sceny, lubię być w takiej, nazwijmy to, ciemni, gdzie czuję się jak u siebie w domu i dobrze mi się gra. Wtedy widzę wszystkich, a oni mnie nie. To daje mi poczucie pewnego komfortu psychicznego. Czasami słyszę jak schodzę z koncertu „ Lala gdzie Ty byłeś? W ogóle tam grasz?”. Ja po prostu tak lubię.
MK: Ja się z kolei rozśpiewuję. Spędzam czas ze sobą, robię ćwiczenia, żeby rozgrzać krtań i gardło.
KK: Na koniec zapytam was jeszcze, jak to jest zaczynać karierę w małej miejscowości. Łatwo jest się wybić? Zespół Myslovitz swoje początki miał w niewielkiej miejscowości Mysłowice na południu Polski. Polecacie początkującym zespołom karierę muzyczną? Czego należy się wystrzegać?
WK: Zaczynaliśmy w 1992 roku. Wtedy rynek muzyczny był inny niż obecnie. To niesamowite szczęście, ponieważ pochodzimy z małej miejscowości i nie musieliśmy z niej wyjechać do Warszawy, żeby cokolwiek osiągnąć. Na swojej drodze trafiliśmy na naprawdę fajnych ludzi, którzy docenili nas, dostrzegli w nas potencjał. To zaowocowało tym ,że jesteśmy teraz tu, gdzie jesteśmy. Teraz dużo młodych ludzi wyjeżdża do większych miast i tam próbuje swoich sił. Z drugiej strony mają większą możliwość dotarcia do potencjalnych odbiorców, ponieważ powszechny jest Internet. Kiedyś tego nie było. Ktoś trafnie zauważył, że teraz łatwiej jest wejść na scenę, ale trudniej jest się na niej utrzymać. Kiedy my zaczynaliśmy, mieliśmy mniejszą konkurencję, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wszystko teraz obraca się wokół pieniędzy. Trzeba zwracać uwagę na to z kim i co się podpisuje.
KK: Dziękuje wam serdecznie za rozmowę.

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB