Czwartek, 21 listopada 2019. Imieniny Janusza, Marii, Reginy

Czy można było go uratować?

2019-10-29 12:00:00 (ost. akt: 2019-10-29 12:45:13)

Podziel się:

To była niespodziewana śmierć naczelnika OSP, który odszedł na służbie podczas trwania spektaklu w stodole. Wszyscy zadają sobie pytania, kto jest za to odpowiedzialny, czy można było go uratować. Postaramy się odpowiedzieć na te pytania.

Poniedziałek, 7 października. Od samego rana przygotowania do premiery przedstawienia "Zające na kordonie" zorganizowanego przez Towarzystwo Przyjaciół Chorzel. Prace wrą. Do przygotowań dołączyła także Ochotnicza Straż Pożarna w Zarębach, która zabezpieczała spektakl. Na miejsce wyruszyły dwa samochody strażaków, w tym także Mirosław Majewski. Nic, nie zapowiadało tragicznego zakończenia tejże uroczystości. Strażak wrócił jeszcze do remizy, aby zabrać czajnik, gdyż było dosyć chłodno, ale czuł, że chyba "rozbiera go choroba". - Wchodząc do tej stodoły zauważyłem, że oparł się o siedzenie w samochodzie. Zapytałem się, a co ci Mirek. Odpowiedział: Nie wiem, chyba bierze mnie grypa. Jeden z kolegów właśnie dopiero wyszedł z tej grypy, a teraz chyba mnie bierze. Powiedziałem, żeby wszedł do samochodu i włączył sobie ogrzewanie - powiadał Andrzej Kostrzewa, prezes OSP Zaręby.

Pojechali..
Prezes wraz kilkoma innymi druhami wszedł do stodoły, natomiast trzech innych zostało przy samochodzie. Do grupy dołączył kolejny strażak, który właśnie skończył pracę. - Gdy dojechałem na miejsce zabezpieczenia imprezy Mirek przyszedł do mnie, i poprosił abym go podrzucił do remizy, bo się źle czuje i chce iść do domu. Niewiele myśląc wsiedliśmy w moją osobówkę. Zawiozłem go do strażnicy. Wysiadł i powiedział narazie, a ja wróciłem do chłopaków - dodał Oleksik Tomasz.
Czy podejrzewaliście, że może się to tak skończyć? - Każdy z nas może mieć słabszy dzień, podejrzenie grypy, przeziębienia. To był okaz zdrowia. On się nigdy nie leczył, nigdy nie narzekał , nigdy nie brał tabletek przeciwbólowych. Kolega podwiózł go do remizy, aby się tam przebrał, a ubranie ochronne zostawił na miejscu. Miał iść do domu - dodał Kostrzewa.

Z Mirkiem jest nieciekawie.
Po spektaklu strażacy wracali do remizy. Prezes w tym czasie miał odwieść do domu starszego druha. W tym czasie otrzymał telefon od kolegów z drugiego samochodu, że z Mirosławem jest źle. -W drodze otrzymałem telefon od kolegi, który był kierowcą drugiego samochodu. Mówił: Andrzej przyjeżdżajcie szybko, bo z Mirkiem jest nieciekawie. Zapytałem tylko błyskawicznie zawracając, czy karetka została wezwana. Mówił, że tak, została wezwana i przystąpili do resuscytacji - dodał.
W jakim stanie był druh Mirosław w momencie waszego przybycia do strażnicy? - Mamy kanapę w garażu. Tak, jakby rozebrał się już z tego ubrania ochronnego. Był już w koszarowym. Tak, jakby już miał iść do domu. Strażacy wzięli Mirka na podłogę i przystąpili do resuscytacji. Myśmy się dołączyli, tlenoterapia, defibrylator. Prowadziliśmy te działania, do chwili przyjazdu karetki. Przyjechali bardzo szybko, w 10-15 minut, choć dla nas bardzo się dłużyło. Pojawiła się krew, więc ratownicy mówili, że jest nieciekawie. Nadal nic nie wskazywało, że te czynności powrócą. Ratownicy przypuszczali, że mógł być to zator - dodali strażacy opowiadając o zdarzeniu.
Niestety, ale nie udało się uratować druha.

Czy Można było uratować strażaka?
W bardzo szybkim czasie rozeszły się informacje po wsi, a nawet po całej gminie i powiecie, że organizatorzy oraz strażacy ponoszą winę za śmierć kolegi. Te informacje dotarły także do nas, więc postanowiliśmy zbadać sprawę. Zapytaliśmy wprost, czy Mirka można było uratować, czy strażacy mają sobie coś do zarzucenia. . - Nie mamy nic sobie do zarzucenia. Z naszej strony była to błyskawiczna pomoc i myślę, że fachowa. Cały czas uczestniczyliśmy w akcji ratunkowej, do samego jej końca. Pojawiła się krew. W czasie pomocy odzież musiała zostać rozerwana. Oglądał nas tłum gapiów. Pewnie pomyśleli,że wypiliśmy i pobiliśmy się z Mirkiem. Natomiast, co do transportu Mirka, że może jakbyśmy go do domu odwieźli? Powiem, że tylko możemy sobie gdybać, czy coś by to zmieniło. Nic by nie zmieniło. Po prostu zmarłby w domu. Rozmawialiśmy z żoną, przedstawiła wyniki sekcji: zator tętnicy płucnej. Nawet, jakby leżał na to w szpitalu, to i tak nie byłoby ratunku - dodał prezes.

Pożegnanie...
Mirosław Majewski ponad 25 lat spędził jako strażak ochotnik, członek jednostki OSP w Zarębach. - Tajniki trudnej służby pożarniczej zaczął poznawać jako młody człowiek, gdy wstąpił do Ochotniczej Straży Pożarnej w Zarębach w roku 1990. Pasja, jaką wyniósł z wielopokoleniowej tradycji rodzinnej towarzyszyła mu przez większość jego życia, którą zarażał wielu wokół siebie. To właśnie społeczna pasja wyzwalała w nim chęci i siły do działania w szczególności niesienie pomocy drugiemu człowiekowi. W szeregach ochotników dał się szybko poznać jako sprawny organizator, zaangażowany i oddany służbie. Ta aktywność była doceniania i spowodowała awans jakim był wybór w roku 1999 do Zarządu straży na funkcję Zastępcy Naczelnika, następnie w roku 2014 objął funkcję Naczelnik OSP, którą pełnił do końca swoich dni - wspomniał prezes.
Mirosława Majewskiego pożegnał Michał Wiśnicki, prezes Towarzystwa Przyjaciół Chorzel, który był głównym organizatorem spektaklu. -Mocny uścisk. Silny, zdecydowany. Ale przede wszystkim pomocny. Dłoń bliźniego, która nie kaleczy, ale podtrzymuje. Przecież nie znaliśmy się jakoś szczególnie mocno, blisko... Ale nie przypominam sobie, żeby moja dłoń wyciągnięta do Ciebie zawisła kiedykolwiek w próżni. W TEN poniedziałek miałem okazję uścisnąć Ci dłoń po raz ostatni. Nie wiedziałem, że to jest ten ostatni raz. Ale wiedziałem, że jesteś na posterunku. Nie dlatego, że prezes kazał. Nie dlatego, że można było stanąć do ładnego zdjęcia. Pochwalić się, że "o, jak ja działam". Zrobiłeś to, bo... tak było trzeba - wspomniał.

Był on także sołtysem wsi Zaręby. Swoje słowa skierowała Beata Szczepankowska, burmistrz miasta i gminy Chorzele. - Drogi Mirku. Z ogromną przykrością przyjęliśmy wiadomość o Twojej śmierci. Zwłaszcza dlatego, że znaliśmy Cię jako człowieka dobrego, o otwartym sercu i ogromnej kulturze osobistej. Wiedzą o tym wszyscy Ci, którzy przez wiele lat żyli, pracowali, wzrastali u Twego boku, czy Ci dla których byłeś wspaniałym naczelnikiem straży od wielu lat, czy sołtysem przez 12 lat. Jako burmistrz miałam przyjemność współpracować z Tobą przez ostatnie 8 lat. Przez wiele dni swojego życia udzielałeś się społecznie. Praca dla innych była dla Ciebie przyjemnością. Przyjeżdżałeś do urzędu załatwiając prośby swoich mieszkańców sołectwa. Dbałeś o ich sprawy, chętnie poświęcając swój czas osobisty. Ale troszczyłeś się również o sprawy kulturalne. Z ochotą podejmowałeś się organizacji wielu imprez czy uroczystości dla swoich mieszkańców. Wspomnę choćby dożynki, gdzie Twoje zaangażowanie było wzorowe. Pamiętam, jak byłeś zadowolony, gdy wszystko się udało, a dzieci jak i dorośli byli szczęśliwi. To była dla Ciebie największa zapłata. Niczego więcej nie oczekiwałeś. Jako naczelnik OSP Zaręby zabiegałeś, by jednostka posiadała pełną gotowość bojową, odpowiedni sprzęt, umundurowanie, przeszkolenie, czy o utwardzenie placu przed budynkiem straży. To była niestety ostatnia prośba, którą do mnie skierowałeś. Wierzyłeś, że możemy być jedną wspólnotą, gdzie wszyscy będą czuli się tak samo ważni- pisała Szczepankowska.
w.b.
fot. OSP Zaręby

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB