Nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Polityka Prywatności    ROZUMIEM

Reklama

Slider

Uciekłam śmierci spod łopaty

Barbara Panuś to niezwykle zmotywowana i waleczna mieszkanka Jednorożca. W wieku 58 lat postanowiła zmienić swoje życie. Schudła ponad 40 kilogramów i zaczęła żyć pełnią życia. Kiedyś nie była w stanie pokonać parudziesięciu metrów bez zadyszki. Dziś ćwiczenia to jej hobby, bez którego nie wyobraża sobie życia.

– Od ponad roku zmienia Pani swoje życie. Na czym polega ta zmiana?
– W ciągu ostatniego półtora roku schudłam 40 kilogramów. To wielka dla mnie zmiana. Zmieniło się nie tylko moje ciało, ale i myślenie, styl życia.

– Jak to się wszystko zaczęło? Skąd w ogóle pomysł na odchudzanie?
– Zmianę zaczęłam w listopadzie 2018 roku, jak wróciłam od córki z Anglii. Wtedy stwierdziłam, że ledwo co mieszczę się w fotelu samolotowym. Powiedziałam sobie: „Stop! Dość tego wszystkiego!”. Zadałam sobie pytanie: „Czy ja muszę tak wyglądać?”. Przecież ja się męczyłam we własnym ciele. Miałam wtedy 58 lat, a nie mogłam dojść z wnuczką do szkoły. Musiałyśmy korzystać z autobusu. Zauważyłam, jak te nadprogramowe kilogramy bardzo mi ciążą. Czułam się gorsza. Wiadomo, że człowiek otyły czuje się zawsze gorzej, jest gorszy, źle jest postrzegany. Jak ktoś tego nie mówi na głos i prosto w oczy, to tylko dlatego, że jest uprzejmy. Ja zawsze byłam osobą z ogromnym samozapałem. Wróciłam z Wysp i sama do siebie powiedziałam: „Nic więcej , poza moim życiem i zdrowiem, już mnie nie interesuje. I tak się zaczęła moja przygoda. Wtedy też spotkałam się z moją fryzjerką, panią Izabelą Berg, która opowiedziała mi swoją historię odchudzania. Poleciła mi ćwiczenia wodne ze względu na moje problemy ze stawami. 6 listopada miałam swój pierwszy trening. Nie odważyłam się, co prawda wtedy na aquaareobic, bo źle czułam się w swoim ciele. Nie chciałam, żeby ktoś na mnie patrzył, a poza tym nigdzie nie mogłam kupić kostiumu kąpielowego w swoim rozmiarze. Można powiedzieć, że ledwo co doturlałam się na pierwszy trening z panią Edytą Bobińską, który odbywał się na hali szkolnej.

– Jak wyglądał Pani pierwszy trening?
– Pani Edyta spojrzała na mnie obiektywnym okiem i doradziła, jak wykonywać ćwiczenia. Usłyszałam od niej cenną radę, którą praktykuję do dziś: „Jeśli coś jest dla ciebie za trudne, nie dajesz rady dorównać koleżankom z grupy; nie patrz na nie! Rób wszystko na tyle, na ile organizm ci pozwala. Najważniejsze, żebyś nie stała w miejscu”.

– Włączyła Pani do tego odpowiednią dietę.
– Przez ostatnich kilka lat odwiedziłam nie raz dietetyka. Udało mi się nawet schudnąć kiedyś 20 kilogramów. Ale utracona masa zawsze wracała. Jeszcze wtedy nie znałam pani Violetty Ulatowskiej – dietetyczki, z pomocy której korzystam do dnia dzisiejszego. Po pierwszym treningu sięgnęłam do starych diet. Najważniejsze dla mnie było, żeby zacząć coś robić z własnym życiem.

– Czyli, jak dobrze rozumiem, to co od półtora roku osiągnęła Pani, jest tym największym sukcesem w tej materii?
– Tak, to jest moim największym sukcesem życiowym, bo ja zyskałam nie tylko wygląd i szczuplejszą sylwetkę. Ja zyskałam drugie życie. Od wielu już lat choruję na nadciśnienie tętnicze, cukrzycę. A teraz jeszcze odkrytą mam niedoczynność tarczycy, która też utrudnia walkę z kilogramami. To też może być przyczyna dlaczego te inne diety nie skutkowały. Teraz, gdy już nie pracuję, mam znacznie więcej czasu dla siebie.

– Co było dla Pani najtrudniejsze, a co najłatwiejsze podczas tego całego procesu?
– Zdecydowanie na początku najtrudniejsze były dla mnie treningi. Nie potrafiłam skoordynować swojego ciała, powtórzyć ćwiczeń po trenerce. Dziś dla mnie ćwiczenia to rehabilitacja, obowiązek. Nie ma, że mi się nie chce, że święta za rogiem, jeśli mam trening, to idę i koniec. We wtorek i czwartek ćwiczę na sali, w poniedziałek doszedł basen, a poza tym lubię jeździć na rowerze. To, co dla mnie kiedyś było trudne, dziś jest moim ulubionym obowiązkiem. Z tego co było dla mnie łatwe i przyjemne to możliwość próbowania wielu nowych smaków, dań, owoców, których nawet kiedyś nie znałam. Dziś nie mam problemu, żeby zrezygnować ze słodyczy czy pączka. Polubiłam też koktajle (shake), a kiedyś nie wyobrażałam sobie picie selera naciowego. Dziś, gdy idę do sklepu najbardziej interesują mnie półki z warzywami, owocami, z nabiałem.

– Oprócz nowej sylwetki, lepszego samopoczucia, co jeszcze zyskała Pani dzięki zgubionym 40 kilogramom?
– Moim głównym celem było to, żebym po prostu mogła się ruszać. Dziś nie mam problemu z przejściem paru kilometrów. Ruch stał się dla mnie przyjemnością. Cały czas mam skierowanie na operację kolan. W tej chwili już jestem bez przymusu tej operacji, a to wszystko zasługa zgubionych ponad 40 kilogramów. Moje wyniki bardzo się poprawiły. Kiedyś musiałam brać parę tabletek dziennie na nadciśnienie, dziś zaledwie jedną sztukę. Lekarze są pod wrażeniem, chwalą. Mówią, że mam wyniki, jak zdrowy człowiek. Biorę znacznie mniej leków. Lekarze mnie motywują i to jest bardzo miłe. Moje kondycja znacznie się poprawiła.

– Zaczynając swoją metamorfozę, miała Pani w głowie konkretną liczbę kilogramów, jaką chce Pani zgubić?
– Nie. Zależało mi na tym, żeby po prostu zdrowo chudnąć i nie przytyć. Zima zawsze była dla mnie takim okresem, kiedy przytyłam. Bardzo się podczas tej pory roku pilnuję. Wiadomo, człowiek mniej się rusza. Tryb życia staje się bardziej siedzący.
– Mówiła Pani, że jest zawzięta, ale skąd czerpała Pani motywację do codziennej walki z nadprogramowymi kilogramami?
– Motywację czerpię głównie z ludzi, którzy mnie wspierają. Bardzo mogę liczyć na swojego męża. Dużo wsparcia dostaję od dziewczyn z grupy, a także mojej trenerki Edyty i dietetyczki Violetty. Dobre słowa i rady sprawiają, że człowiekowi chce się walczyć o siebie. Wdzięczna też jestem mojej mamie, która często wspiera mnie materialnie, bym mogła opłacić treningi i wizyty u dietetyczki.

– Jakie wprowadziła Pani zmiany w swoim jadłospisie? Wiem, że musi Pani gotować dwa oddzielne garnki – dla rodziny i dla siebie. Ciężko jest wtedy opanować swoje kubki smakowe i nie skusić się na podjedzenie czegoś zakazanego z talerza męża lub kupić coś niezdrowego?
– Z powodu cukrzycy spożywanie pięć posiłków dziennie jest dla mnie dobrym i zdrowym rozwiązaniem. Gotuję dla siebie raz na dwa dni, więc jak ktoś mówi, że nie ma czasu na dietę, to nie ma o tym pojęcia. Gdy wyjeżdżam, to zabieram ze sobą posiłek lub robię shake, by nie skusić się na coś niezdrowego ze sklepu. Nie przeszkadzają mi zapachy, gdy gotuję dla rodziny. Przyzwyczaiłam się już do tego. Jestem samokrytyczna. Chcę walczyć o siebie, więc nie w głowie mi podjadanie. Wiadomo, czasami mam ochotę na coś słodkiego, ale mam tak skonstruowaną dietę, że zawsze znajdzie się miejsce dla mojej małej zachcianki. Organizm potrzebuje wszystkiego – i słodkiego, i słonego, i tłuszczu. Od jednego cukiereczka nie przytyję. Podchodzę do wszystkiego z głową. Chcę się dobrze czuć na diecie.

– Słuchając Pani historii odnoszę wrażenie, że odchudzanie zmieniło Pani podejście do życia. Zgadza się?
– To na pewno. Dziś, jak patrzę wstecz, to widzę, że często do życia podchodziłam biernie. Dziś czuję się bardziej pewna siebie, biorę od życia, co ja chcę. Zaczęłam dbać o siebie. Wcześniej nie malowałam się nigdy, a dziś bez szminki nie wyjdę z domu. Bardziej się lubię. Gdy mijam kogoś otyłego na ulicy, to w głowie rodzą mi się myśli: „Do programu go! Dieta i treningi zmienią twoje życie”, bo sama najlepiej wiem, jak bardzo brakuje takiej osobie samoakceptacji. Ja wciąż jestem na etapie, w którym oswajam się ze swoim ciałem. Patrzę w lustro. Widzę zmianę. Zaczynam się akceptować. Podniósł mi się hormon szczęścia. Wcześniej patrzyłam na swoje życie i miałam wrażenie, że ono się dla mnie kończy. Skończył się tylko pewien etap w życiu. Pracę zakończyłam, dzieci wychowałam, ale to nie oznacza, że teraz pozostaje mi tylko położyć się i czekać na starość. Dzięki programowi odchudzającemu zyskałam nowe znajomości, zaczęłam wyjeżdżać. Po raz pierwszy w życiu byłam na kajakach. Niepowtarzalne wrażenie! Bałam się, ale dla mnie to było przepiękne wydarzenie. Odnoszę wrażenie, że „uciekłam śmierci spod łopaty! Zyskałam nowe życie”. Odchudzanie to dla mnie dbanie o zdrowie”.

– Zdarzyło się Pani spotkać z krytyką ze strony innych?
– Pewnie! Często w sklepie słyszałam, że to czy tamto jest nie dla mnie. Uciekałam wtedy do córki. W Anglii nikt nie patrzy na ciebie przez pryzmat wagi. Tam jest większa tolerancja dla takich ludzi. Społeczeństwo zdaje sobie sprawę, że to jest choroba wynikająca najczęściej ze złego stylu życia. Tam w sklepie nikt się z ciebie nie śmieje, że wybierasz rozmiar ubrania 60 czy 50 parę. Tam jest wybór – długie, krótkie spódnice. No wszystko. W Polsce ludzie uwielbiają krytykować, wciskać nos w sprawy, które ich nie dotyczą. Porównałabym to do prześladowania czarnoskórego człowieka – co z tego, że 15 lat w Polsce mieszka, mówi dobrze po polsku, a i tak doświadczy tego, że on jest innej rasy. W społeczeństwie wciąż brak tolerancji.

– Co chciałaby Pani powiedzieć osobie, która może dziś tak, jak Pani półtora roku temu, zaczyna swoją przygodę z odchudzaniem lub osobie, która wciąż się waha, czy warto w ogóle tą walkę podjąć?
– Zacznij się ruszać! Sport to zdrowie, więc warto od tego zacząć. Nie myśl o wadze. Nie schudniesz od razu 5 czy 6 kilogramów w ciągu miesiąca. To wszystko przyjdzie z czasem. Dla jednego to jest łatwiejsze, dla drugiego trudniejsze, ale nie wolno się zrażać. Zdrowa dieta nie jest droga. Celebruj dietę. Jedz kolorowo. Myśl o sobie, bo ty jesteś najważniejszą osobą w swoim życiu.

– Dziękuję za rozmowę
– Dziękuję również

 

Rozmawiała: EB

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Slider