Nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Polityka Prywatności    ROZUMIEM

REKLAMA

Po prostu lubiłem dokumentować wydarzenia, jakie trafiały się w moim życiu

Z Adamem Myślińskim, który od ponad 60 lat amatorsko fotografuje otaczający go świat rozmawiamy o jego pasji do fotografii i działalności w Towarzystwie Przyjaciół Ziemi Przasnyskiego. Pan Adam, który nie mieszka już w Przasnyszu, dzieli się z nami swoimi wspomnieniami o rodzinnym mieście, które cały czas obserwuje dzięki dostępnym formom przekazu medialnego.

– Jest Pan fotografem, który przez bardzo długi okres relacjonował życie Przasnysza. Jakie ważne wydarzenia Pan fotografował?
– Nie jestem fotografem. Z wykształcenia jestem chemikiem. Fotografuję amatorsko od ponad 60 lat, ale nigdy nie pracowałem jako fotograf ani reporter. Po prostu lubiłem dokumentować wydarzenia, jakie trafiały się w moim życiu. To mogły być rodzinne imprezy, szkolne wycieczki i uroczystości, koleżeńskie spotkania. Ale też z sympatii do rodzinnego miasteczka fotografowałem scenki uliczne, architekturę, widoki.

– Skąd u Pana zainteresowanie fotografią?
– W domu rodzice, a szczególnie mama, kolekcjonowali w albumach swoje zdjęcia. Mama nie fotografowała, ale w jej towarzystwie zawsze znalazł się ktoś, kto to robił. Oglądałem te zdjęcia, spostrzegałem różnice w ubiorach, fryzurach, widokach miasta. Wpatrywałem się w twarze osób, które już nie żyły i po których zostały tylko fotografie i wspomnienia. Wyczuwałem, że jeśli sfotografuję to, co widzę, za chwilę będzie czasem minionym, historią.
Tajniki fotografii zacząłem zgłębiać na zajęciach kółka fotograficznego, które w Szkole Podstawowej Nr 1 prowadził nauczyciel chemii i fizyki, pan Aleksander Drwęcki. W Liceum – wówczas Nr 36 – tę samą funkcję sprawował nauczyciel fizyki, pan Łęgowski.
Jeszcze pod koniec lat pięćdziesiątych dostałem od rodziców mój pierwszy aparat ‘Druh’, potem w szkole średniej pierwszy małoobrazkowy aparat ‘Alfa’ (mam go do dzisiaj). Później był Zorkij 4 mojej żony, Zenit mojego syna. W końcu dość późno, bo dopiero w 2006 roku, cyfrowy Olympus E-500. Teraz smartfony wyparły wszystko, używam ich na co dzień. Lustrzanki z niestandardowymi obiektywami używam tylko w wyjątkowych przypadkach.

– Zamieszcza pan na swoim Facebooku wiele fotografii Przasnysza, dlaczego?
– Przez te lata zgromadziłem spore archiwum. Wiele zdjęć ma już wartość historyczną. Są to zdjęcia Przasnysza, ale też Warszawy. Szkoda byłoby, gdyby leżały tylko w przysłowiowej szufladzie. Pokazuję je na FB, bo to najprostsza droga, aby dotarły do szerokiej widowni. Szczególnie zależy mi na młodych ludziach. Do nich kieruję przekaz. Starsi przy okazji mogą sobie snuć wspomnienia.

– Jest Pan członkiem Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Przasnyskiej. Jak długo działa Pan w jego szeregach?
– Dokładnie nie pamiętam, ale stało się to pod koniec lat 1980-tych. Do Towarzystwa „wciągnął” mnie Mariusz Bondarczuk. Przed kilku laty zostałem wybrany na prezesa Warszawskiego Środowiska TPZP. Do pandemii spotykaliśmy się dwukrotnie w roku. Teraz ta działalność osłabła ze względów oczywistych.

– Jest Pan wychowankiem Liceum Ogólnokształcącego im. KEN w Przasnyszu, jak wspomina Pan czas nauki w szkole średniej?
– Liceum wspominam bardzo dobrze. Nauczycieli także. Sporo wiedzy zdobytej na tym etapie kształcenia procentowało mi przez całe życie. To czas, kiedy młodzi ludzie nawiązują trwałe znajomości, sympatie. Z wieloma koleżankami i kolegami utrzymuję kontakty, najczęściej mailowe, telefoniczne i facebookowe. Ale też osobiste, w tym rodzinne.

– Na co dzień mieszka Pan w Warszawie. Kiedy się Pan przeprowadził i dlaczego?
– Z Przasnysza wyjechałem we wrześniu 1964 roku. Głównym powodem była chęć dalszego kształcenia, choć też względy osobiste. Po ukończeniu pomaturalnej Państwowej Szkoły Technicznej w Piastowie podjąłem pracę w Warszawie, równocześnie studia na Wydziale Chemii UW. W Warszawie zamieszkałem na początku lat siedemdziesiątych ub.w.

– Dzisiejsza technika pozwala monitorować świat na bieżąco. Jak Pana zdaniem zmienił się Przasnysz od Pańskiego wyjazdu ?
– Przasnysz zmienił się diametralnie. Przyspieszenie zmian nastąpiło zdecydowanie po 1989 roku, tak samo jak w całym kraju. To była rewolucja cywilizacyjna. Oczywiście nie jest jeszcze idealnie. Pewnych zmian nie mogę odżałować. Ogołocenie miasta z przyulicznej zieleni odbieram najboleśniej. A technika pozwala na bieżąco śledzić wszystko, co się w mieście dzieje.

– Jak często przejeżdża Pan do Przasnysza?
– W Przasnyszu mieszkają moi krewni. Odwiedzam ich raz, dwa razy w roku, choć rok 2020 jest odmienny z wiadomych powodów. W 2020 nie byłem w Przasnyszu ani razu.

– Co według Pana jest kojarzone z Przasnyszem, jaki jest jego znak rozpoznawczy?
– Wśród moich warszawskich znajomych, którzy znają Przasnysz z przejazdów na Mazury, znakiem rozpoznawczym jest przasnyski Rynek z Ratuszem i kawiarnią, ale także firma Kaczorek, gdzie zatrzymują się na kawę i ciasto. Oczywiście szerzej patrząc – to piękne, zabytkowe kościoły, monumentalny budynek Liceum czy podprzasnyskie lotnisko. Znana jest fabryka „Kross”. Jeden ze znajomych jeździ rowerem tej marki. Chwali sobie.

– Co według Pana jest bolączką Przasnysza?
– Myślę, że bolączką Przasnysza jest zaszłość historyczna w postaci braku komunikacji kolejowej. Wąskotorowa ciuchcia umarła już chyba śmiercią naturalną. Linia kolejowa zawsze generowała rozwój miejscowości, przez które biegła. Vide – sąsiednie Ciechanów i Mława. Miasta historycznego szlaku Warszawa – Królewiec (Serock, Pułtusk, Maków, Przasnysz) nie miały tego szczęścia. Ostatnio rządzący snują na ten temat różne opowieści. Czy się spełnią w realu? Nikt nie wie.

– Dziękuję za rozmowę
– Dziękuję również

Rozmawiał: Szymon Wyrostek

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Reklama

Slider