Nasze strony wykorzystują pliki cookies.
Polityka Prywatności    ROZUMIEM

Reklama

Slider
Slider

Prawie przegrałem swoje życie na automatach

O niebezpiecznym nałogu hazardowym opowiada pan Maciej. Jak sam twierdzi, nie sądził, że tak szybko wpadnie w lepkie macki gier hazardowych. – Wciągnęło mnie tzw. „szczęście początkującego”. Wygrałem sporą ilość pieniędzy w kilka sekund, bez najmniejszego wysiłku, do tego popijając sobie piwo – wspomina nasz rozmówca. Prawie przegrałem swoje życie na automatach…

„Przygoda” pana Macieja z automatami zaczęła się całkiem niewinnie. Jak sam mówi jego pierwszy raz [pierwsza duża wygrana – przyp.red], wyglądała niczym scena z komedii Sylwestra Chęcińskiego Kochaj albo rzuć, kiedy to Kazimierz Pawlak przypadkiem wygrywa bardzo dużą kwotę w dolarach.
– Jednak ani mnie, ani mojej rodzinie nie było i nie jest do śmiechu – mówi pan Maciej. – Tego dnia nie zapomnę. Poszedłem do jednego z barów. Czekałem na kolegę, miałem po prostu gorszy dzień i chciałem pogadać przy piwie. Konkretnie dwóch piwach, bo miałem w kieszeni 10 złotych.

Mężczyzna zamówił jedno piwo i czekał na kolegę, ten nie przychodził. Znudzony postanowił zagrać w automaty, stojące obok.
– Widziałem jak jakiś chłopak z dziewczyną grał. Trwało może to z 15 minut. Kiedy odeszli postanowiłem dla zabawy wrzucić 5 złotych – wspomina. – Wrzuciłem, nawet nic nie przestawiałem, bo wówczas nie wiedziałem co i jak. Nagle przy drugim naciśnięciu na ekranie pojawiło się pięć czerwonych siódemek ułożonych w symbol V.

Nasz rozmówca wygrał wówczas 1200 złotych, stawiając tylko 5. Szybko chciał wypłacić wygrana i iść do domu. Jednak….
– Nie mogłem wypłacić wszystkich pieniędzy z maszyny, ponieważ nie miała w środku tylu pięciozłotówek, aby uzbierać 1200 złotych. Pani zza lady powiedziała abym przyszedł w poniedziałek, to otrzymam resztę pieniędzy – opowiada.

Mężczyzna pojawił się po swoją resztę wygranej w umówionym terminie. Wówczas „coś” podpowiedziało mu, żeby grał dalej, to może zdobędzie większe pieniądze.
– Miałem akurat problemy finansowe, co prawda niewielkie, ale miałem. Myślałem, że tak szybko się odkuję – mówi. – Niestety tak połknąłem bakcyla hazardu.

Pan Maciej coraz częściej pojawiał się w lokalu z automatami. Dość spore wygrane przeplatały się z o wiele bardziej częstymi przegranymi. Na początku przegrywał po kilkadziesiąt złotych dziennie, później były to już setki.
– Zdarzało się, że przegrałem 400-500 złotych dziennie. Nadzieja, że się odkuje była tak silna, że wrzucałem już nie pięciozłotówki, a banknoty o nominale 50 złotych – zaznacza nasz rozmówca.

Pewnego razu pan Maciej podczas jednej ze swoich licznych wypraw na automaty usłyszał, że spore pieniądze można wygrać w zakładach bukmacherskich, wystarczyło znać się na sporcie.
– Moją pasją była i jest piłka nożna i tenis ziemny. Pomyślałem, że jak można zarobić na swojej wiedzy to czemu nie spróbować. I tak zacząłem grać w zakłady bukmacherskie. Oczywiście grałem również w maszyny. Każda większa wygrana z zakładów bukmacherskich była przegrywana w maszyny – mówi mężczyzna.

– Miałem też dostęp do sporych sum pieniędzy, które niestety nie były moje – wspomina. – raz zdarzyło się, że obstawiłem wynik meczu tenisowego za 2000 zł. Postawiłem na zwycięstwo jednej z zawodniczek w finale wielkiego szlema. Według przelicznika mogłem wygrać 4300 złotych. I … udało się. Pożyczone pieniądze zwróciłem do kasy firmowej i byłem do przodu 2300 złotych – dodaje.

Jednak były to chwilowe sukcesy pana Macieja. Niemal codziennie przegrywał po kilkadziesiąt złotych. Pieniądze oczywiście brał z kasy firmy, licząc, że kolejny złoty strzał wyrówna straty.
– Tak zacząłem wpadać w kłopoty finansowe. Miałem partnerkę z trójką dzieci na utrzymaniu. Z czegoś trzeba było żyć. Jak dzwoniło kierownictwo czemu nie wpłacam miesięcznego utargu na konto, mówiłem, że albo przelew nie doszedł i wyjaśnię całą sytuację w banku. I tak ciągnęło się to miesiącami, a długi rosły. Ja jednak grałem dalej. Jednak wygrywałem już coraz rzadziej i coraz mniej – opowiada nasz rozmówca.

Kiedy zaczęło brakować coraz większych kwot mężczyzna zaczął pożyczać pieniądze od lichwiarzy. Na początku były to niewielkie kwoty, które oddawał na czas z dużym procentem.
– Udawało mi się to na początku. Zwykle tacy ludzie byli tam, gdzie ja grałem. Sami mi proponowali pożyczki. Tak ciągnęło się to prawie dziesięć miesięcy, aż braki w kasie były tak duże, że nie mogłem ich ukrywać przed szefostwem. W akcie desperacji zabrałem ostatnie firmowe pieniądze i wygrałem za nie nieco ponad 2500 złotych. Wziąłem je w kieszeń i zamknąłem zakład i uciekłem do domu nie myśląc co zrobią lichwiarze, którym byłem winny pieniądze i co zrobi moje szefostwo – mówi mężczyzna.

Ukrywanie się nic nie dało. Firma wytoczyła mi proces o defraudację pieniędzy.
– Oczywiście się przyznałem. Dostałem wyrok w zawieszeniu nakaz zwrotu 45 tysięcy złotych. Jednak to nie było najgorsze. Najgorsze były długi wobec lichwiarzy, którzy zaczęli naliczać kolejne procenty – wspomina pan Maciej.

Mimo iż, nasz bohater podjął pracę to nie był w stanie spłacać naliczanych kwot. Był ciągle nękany telefonami i sms-ami. Nawet grożono jemu i jego rodzinie.
– Bałem się iść na policję, bo wiedziałem, że nie będę wiarygodny jako osoba, która ukradła z firmy pieniądze. Oczywiście wszystko ukrywałem przed rodziną. Bałem się wychodzić na miasto, aby ktoś mnie nie zaczepił i nie atakował o pieniądze. Kilka razy zostałem pobity. Nie wiedziałem jak mam sobie z tym poradzić – opowiada mężczyzna.

Taka sytuacja trwała aż pół roku. Dopóki pn Maciej nie został poważnie pobity. Wówczas on sam wiedział, że to nie przelewki. Dowiedziała się o wszystkim jego rodzina.
– Tylko dzięki pomocy rodziny wychodzę na prostą. Większość długów oddałem. Nie mam zobowiązań wobec lichwiarzy. Mogę spokojnie chodzić po mieście – mówi. – Jak poradziłem sobie z hazardem? Uczęszczałem na terapię w warszawie, bo tylko tam mogłem być anonimowy. Wiem, że do końca życia muszę na siebie uważać, aby znów nie wpaść w szpony hazardu. Mam nauczkę na całe życie. Bardzo często grałem do ostatniego grosza, a czasem nawet do ostatniego pożyczonego gorsza, nie wyszło to na dobre. Dziś nie gram nawet w totolotka, bo po prosu nie wierzę w wygrane. Wiem, że muszę na wszystko zarobić ciężką pracą i odpokutować wszystko to co zrobiłem. Wiem, że nie będzie to łatwe. Ale cieszę się z tego co jest, bo prawie przegrałem swoje życie na automatach … – kończy swoją historię pan Maciej.

 

 

WS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama

Slider